21:32
25/1/2018

ZIKIT, czyli ZnienawidzonyZarząd Infrastruktury Komunalnej i Transportu w Krakowie zmienia organizację ruchu różnych ulic i ogranicza miejsca parkingowe w Krakowie, co nie przysparza mu przyjaciół i generuje zapytania od mieszkańców Krakowa. A dlaczego? A na jakiej podastawie? Obywatele mają prawo pytać, a urząd musi odpowiedzieć. ZIKIT w odpowiedziach wykazał się kreatywnością porównywalną od tej, dzięki której na Kazimierzu ustawił taki znak:

Skrzyżowanie Miodowej i Jakuba w Krakowie. Nawet strażnik miejski nie dowierza, że widzi, to co widzi.

Skrzyżowanie Miodowej i Jakuba w Krakowie. Nawet strażnik miejski nie dowierza, że widzi, to co widzi.

Ale wracając od ujawnienia danych. ZIKIT odesłał odpwoiedź do 14 mieszkańców Krakowa, nie tylko zapominając o BCC i ujawniając adresy e-mail mieszkańców:

ale również załączając do tego jednego e-maila 14 różnych załączników, z tą samą odpowiedzią, ale kierowanych do każdego z mieszkańców z osobna. Załącznik poszerza wyciek danych, ponieważ do e-maili dołącza imiona i nazwiska obywateli.

ZIKIT-owi należy się to, co kierowcy robią pylonowi z Salwatora.


Aktualizacja 26.01.2018, 12:19
Nadeszła odpowiedź ZIKIT-u:

W związku z publikacją na stronie niebezpiecznik.pl informacji o wycieku danych osobowych z Zarządu Infrastruktury Komunalnej i Transportu w Krakowie informujemy, że istotnie doszło do incydentu związanego z ujawnieniem danych 14 osób, do których odpowiedzi były kierowane drogą elektroniczną za pośrednictwem e-mail ze skrzynki pocztowej sekretariat@zikit.krkaów.pl.Ujawnienie danych było ograniczone do grupy 14 osób, do których zostały wysłane odpowiedzi do nich kierowane. Dane nie zostały zatem ujawnione publicznie, lecz wyłącznie tej grupie 14 osób. Zakres danych jakie zostały ujawnione ogranicza się do adresu e-mail (we wszystkich 14 przypadkach), imienia i nazwiska w przypadku 9 osób, samego imienia (2 osoby), samego nazwiska (2 osoby) oraz adresu (1 osoba). Niezwłocznie po otrzymaniu zgłoszenia o tym incydencie, które nastąpiło w dniu 25 stycznia br. przed godziną 9 rano, wszczęto postępowanie mające na celu wyjaśnienie przyczyny zdarzenia oraz jego skalę. W wyniku postępowania potwierdzono podaną w zgłoszeniu skalę oraz ustalono jego przyczynę.

Do ujawnienia danych osobowych 14 osób, do których była kierowana korespondencja drogą elektroniczną z adresu e-mail sekretariat@zikit.krakow.pl doszło w wyniku niewłaściwego sposobu przekazania skanów pism do wysyłki przez pracownika przygotowującego odpowiedzi. Ustalono także, że zdarzenie miało charakter incydentalny i było związane z pojedynczym, niezamierzonym błędem ludzkim, który doprowadził wyłącznie do ujawnienia danych 14 osób będących adresatami odpowiedzi przekazanych do wysyłki drogą elektroniczną. Ustalono przy tym, że nie występuje zagrożenie dla ujawnienia danych innych osób.

Podjęto już także działania mające na celu wyeliminowanie możliwości powtórzenia się takiego incydentu w przyszłości. Zmiany te są obecnie na etapie wprowadzania. Ponadto wszyscy pracownicy ZIKiT zostaną poinformowani co do sposobu postępowania z korespondencją nadawaną do adresatów drogą elektroniczną z adresu sekretariat@zikit.krakowpl, w taki sposób aby nie dopuścić do przypadkowego ujawniania danych innych adresatów niż tych, do których dana odpowiedź jest kierowana.

Przeczytaj także:

Ten wpis pochodzi z naszego linkbloga *ptr, dlatego nie widać go na głównej.
*ptr możesz czytać przez RSS albo przez sidebar po prawej stronie serwisu.

27 komentarzy

Dodaj komentarz
  1. I znowu blur na fotkach zamiast prostokątów ;) Może nawet jak od czytelnika to warto “poprawić”.
    A co do znaku jest genialny :D W sumie ponieważ zakaz wjazdu wyklucza się z jazdą na wprost to tak jakby zakaz nie obowiązuje? ;)

    • Ale ten znak nie dotyczy wszystkich, nawet jakby nie było tej białej tabliczki to i tak takie zestawienie miałoby sens. ;)

    • To raczej oznaczenie ulicy jednokierunkowej niż nakaz jazdy prosto ;)

    • Urokiem tego znaku jest to, że nijak nie jesteś w stanie przeczytać listy wykluczeń…

    • Tam nie ma ani znaku zakazu wjazdu, ani jazdy na wprost.

    • Jest prosta zasada dotycząca czytania takich znaków z rozbudowanymi tabliczkami, dziwne że tak wielu ludzi jej nie zna.
      Fakt podstawowy: tabliczka dotyczy zawsze WYJĄTKÓW od znaku, pod którym się znajduje.
      Więc jeżeli nie masz czasu lub możliwości przeczytania tabliczki, możesz całkowicie bezpiecznie przyjąć, że NIE należysz do wyjątków i obowiązuje cię ogólny znak (w tym przypadku B-1, zakaz ruchu wszelkich pojazdów).
      Jeżeli należysz do wyjątków to prawdopodobnie i tak już o tym wiesz skądinąd :), bo wyjątki na tabliczkach zazwyczaj dotyczą tych, którzy tam jeżdżą regularnie.

    • @raj – widziałem raz zakaz zatrzymywania z tabliczką “nie dotyczy zatoki” (znak stał przed zatoczką, taką jak przystankowe ale tam nie było przystanku) Tak więc postępując według twojej metody (generalnie słusznej) przegapilibyśmy możliwość postoju.

  2. data na 19 stycznia 2019 ?

  3. “ogranicza miejsca parkingowe w Krakowie, co nie przysparza mu przyjaciół”
    Powinno być “likwiduje nielegalne i wyznaczone z rażącym łamaniem prawa >>miejsca parkingowe<< które nigdy nie powinny powstać"

    • Kto je wyznaczał i za nie opłaty pobierał przez lata?

    • Misie Gumisie bo przecież nie sam zikit :D

  4. A propos ZIKIT-u, kto to w ogóle wymyślił, żeby komunikacja miejska była państwowa? Może niech jeszcze Biedronce nadadzą monopol na handel żywnością w całym Krakowie, tak jak MPK ma na przewozy ludności. W ogóle najlepiej wszystko państwowe (samorządowe, eurokołchoźne itd.), no bo konkurencja to zło, bo pewnie jakby autobusy były prywatne, to by były czołgami i strzelałyby do pojazdów pozostałych przewoźników… To podobno koncepcja miasta jako organizmu, w którym samorząd jest mózgiem, a autobusy i tramwaje są jak czerwone krwinki – szkoda tylko, że w tym systemie mieszkańcy pełnią rolę pożywienia trawionego przez skarbówkowe enzymy… Ciężko sobie wyobrazić miasta z prywatnymi (nieutrzymywanymi z przymusowych podatków) drogami, ale czy autobus jest integralną częścią drogi? No, może w lecie, kiedy asfalt się stopi. A jak jest nieco inna pora roku i kierowca urządza sobie błotnego śmigusa-dyngusa, to jak pieszy ma mu wypisać mandat? Pozostaje tylko prymitywna, ale prosta metoda windykacji odszkodowania – przejazdy, mnóstwo przejazdów, podczas których szanujemy drzewa, nie kupując tych świstków i uważając, żeby ktoś inny nam nie wydrukował takiego podobnego, na który poszłoby jeszcze więcej celulozy. A mój kolega taki dostał, bo nie zdążył dojść do kasownika. A wolnorynkowa konkurencja wymuszałaby w pewnym stopniu szacunek dla klienta oraz potencjalnego klienta, ponieważ mógłby on obrócić się do oponenta. Ktoś powie: ale przecież na wolnym rynku też może pojawić się monopol. Tylko, że nie byłoby to takie łatwe dla monopolisty, który nie dysponowałby nieuczciwą pomocą ze strony władzy, a poza tym czy ktoś z Was zna choćby jedną gałąź rynku, na której nie byłoby żadnej, ale to żadnej, konkurencji?

    • Konkurencja z tego co wiem istnieje i nazywa się Mobilis :)

    • “Wolnorynkowa konkurencja” w komunikacji miejskiej to ma Zakopane. Polecam wszelkim K*cym myślicielom spróbować się tam poruszać w tej wolnorynkowej komunikacji po jakiejś nieturystycznej trasie, najlepiej poza sezonem, to może coś dotrze. MPK robi przewozy w całym mieście, a nie tylko “wolnorynkowo” na najbardziej obleganych trasach – a reszta niech się wypcha.
      No ale nie wymagajmy zbyt wiele wyobraźni od fanów (jak wnoszę po “eurokołhozie” , “przymusowanych podatkach” i bredniach o “wolnorynkowej konkurencji” rodem z gimnazjów) Ozjasza Mikke czy niespełnionej gwiazy estrady

    • Kuce do stajni.

      Mam porownanie Krakowa z MPK oraz Birmingham z wieloma prywatnymi autobusami.

      Wniosek? Wole Krakowski ordnung i sprawna komunikacje niz ten wolnorynkowy burdеl gdzie kazdy jedzie jak chce i jest 100000 roznych biletow.

    • Wolnorynkowe autobusy. To może jeszcze zlikwidujmy państwową walutę i płacimy biedronkami w Biedronce i kapslami w barach?

      Jedyna sensowna konkurencja w komunikacji miejskiej jest na autobusy, kierowców, mechaników, ilość busów na (odgórnie narzuconych) trasach itp. A to już jest…

    • Jaki jest cel istnienia komunikacji zbiorowej? Ma być tania, ekologiczna i ograniczać powstawanie korków. Żeby to miało sens, większość miejsc w pojeździe musi być zajęta. Czy to, że ktoś mieszka na obrzeżach miasta oznacza, że mamy prawo zmuszać podatników do dofinansowywania jego przejazdów? Przypomina to trochę program 500+, bo też niejednokrotnie zabiera się biedniejszym, żeby dać bogatszym. To, co proponujecie, jest jeszcze gorsze niż socjalizm, bo na wstępie żądacie, żeby większość zasobów (np. paliwo) przeznaczonych dla tej osoby została zmarnowana. Jak autobus ma wozić powietrze (a raczej smog), to już będzie taniej i lepiej dla środowiska, jak ten ktoś pojedzie samochodem, taksówką, uberem, czy umówi się z kimś na wspólny przejazd. Potem może zaparkować i przesiąść się do komunikacji miejskiej. A jak to wygląda w praktyce? Krakowskie MPK (a więc przewoźnik państwowy) likwiduje trasy, na których jeździ mało pasażerów, a zagęszcza przejazdy na tych bardziej obleganych, więc wasz argument nie działa.

    • I weź mnie nie rozśmieszaj z tym krakowskim ordnungiem. Na rozkładach jazdy na przystankach nie ma w ogóle informacji, jak długo jedzie się na następne przystanki, więc jak ktoś nie zna danej trasy, to nie wie, jaki bilet kupić. Kiedyś późnym wieczorem wsiadłem do tramwaju stojącego na pętli, a tam się wyświetlało, że do mojego przystanku pozostała prawie godzina – a następnego dnia musiałem wcześnie wstać. Pomyślałem, że równie dobrze mogę się przejść, bo zajmie to tyle samo czasu. Gdybym nie zapytał kierowcy, nie dowiedziałbym się, że te informacje są fałszywe i że tak naprawdę dojedziemy tam za jakieś 20 minut i bym wysiadł. Innym razem na przystanku wraz z innymi pasażerami musieliśmy zwrócić uwagę pani kierowcy, bo miała na wyświetlaczu przeciwny kierunek. Tego samego dnia widziałem tramwaj, który w ogóle nie miał żadnego kierunku, tylko sam numer. A jak się kasuje bilet, to wtedy często odbija wcześniejszą minutę, niż jest na wyświetlaczu.

  5. Tu widać jak na dłoni efekty kumoterstwa w krakowskich urzędach. Przy zatrudnianiu urzędników kompetencje mają znaczenie drugorzędne. Każdy kto miał do czynienia z tą “wybraną” klasą urzędniczą pewnie zdążył odczuć tę wyższość i pogardę do petenta. Inaczej (na ogół) jest w małych podkrakowskich urzędach, choć z kompetencjami też bywają problemy.

  6. W kwestii formalnej – na pierwszym zdjęciu najwyżej umieszczony znak to zakaz ruchu wszelkich pojazdów (a nie zakaz wjazdu), co ciekawe taki zakaz obejmuje także kolumny pieszych. Zatem jeśli na tabliczce z litanią wyjątków nie ma pieszych, to kolumnie pieszych (np. dzieci idące parami na spacer do pobliskiego parku) również nie wolno się poruszać po jezdni. Na zdjęciu niezbyt wyraźnie widać, ale chodniki chyba są wąziutkie. Ponieważ jest znak strefa zamieszkania, to poruszająca się (mimo zakazu) po jezdni kolumna pieszych i tak ma pierszeństwo przed pojazdem (spełniającym warunki z litanii lub nie).
    Mam nadzieję, że trochę rozjaśniłem temat.

  7. Uwielbiam takie “litanie” na znakach, szczególnie są one przydatne obcokrajowcom poruszającym się samochodami po naszym kraju. Podobna litania jest gdy jadąc z placu matejki skręca się w ulicę basztową (w prawo)… strefa… gdy już skręcisz – nie ma odwrotu, bo tramwaje, trąbiący inni uczestnicy, a 20m dalej stoi strażnik miejski i wlepia mandaty…

  8. może troche odbiegnę od tematu. ale po raz kolejny widzę, że piszemy gdzieś maila (zakładam że w tym przypadku) zwykłym tekstem, a na odpowiedź czeka się nawet pare dni i w odpowiedzi dostajemy zeskanowany dokument z podpisem prezesa, czy kogoś tam innego. też pare tygodni temu miałem taką sytuacje że dostałem odpowiedź w formie pliku, i od razu mi sie skojarzyło z niebezpiecznika żeby zastanowić sie pare razy przed otwarciem tego pliku czy aby tam nie ma jakiegoś malwaru w dokumencie (ktoś powie że przesadzam, no ale… wiadomo że takie rzeczy o których mówie są możliwe). dlaczego nie można też otrzymać odpowiedzi w formie czystego tekstu? raz że szybciej, nie marnujemy drzew (bo trzeba przecież wydrukować, żeby potem zeskanować, a następnie taki papier wyrzucić do kosza bądź niszczarki) i po trzecie, nie trzeba sie martwić że jest coś podejrzanego w przesyłanym pliku.

    • @Krzychu: Jako że los rzucił mnie m.in. do urzędu czuję się w miarę kompetentny żeby to wyjaśnić. Otóż standardowo pismo trafiające do urzędu przechodzi przez dyrektora odpowiedniego merytorycznie działu do odpowiedniego oddziału, gdzie kierownik przydziela swojemu podwładnemu zadanie napisania odpowiedzi (i oczywiście odpowiedniego zadziałania), zgodnie z przepisami, zasadami załatwiania takich spraw i ew. adnotacją dyrektora. Pismo napisane przez merytorycznego szaraczka-urzędniczka, jest zwykle drukowane w 2 egzemplarzach, na których uzyskuje się podpis dyrektora, a na jednym egzemplarzu także parafki szaraczka i kierownika. Wyższe rangą pisma mają dłuższą ścieżkę zatwierdzania, ale mówimy o prostej sprawie. Z tych 2 egzemplarzy ten ładniejszy (bez parafek) wysyłany jest pocztą do nadawcy pierwotnego pisma, a drugi trafia ad acta (czyli do szafy urzędnika, a po jakimś czasie do archiwum urzędu, a po jeszcze jakimś czasie – zależnym od kategorii sprawy – na przemiał; guglać “kategorie archiwalne akt”). Jeśli z góry wiadomo, że wysyłka nie pójdzie pocztą to (zwłaszcza w Poznaniu i Krakowie ;) można wydrukować tylko jedną kartkę, której skan pójdzie mailem, a sam papier tradycyjnie ad acta. Wysyłanie w postaci pliku (nie skanu) wymagałoby podpisu elektronicznego, co w praktyce często oznacza tzw. zawracanie gitary (mała skala, a za certyfikat podpisu elektronicznego i tak trzeba zapłacić, a jak rzadko używany to jeszcze pilnować czy nadal jest aktualny).
      Podobno stosunkowo niedawno pojawiły się przepisy (albo korzystne interpretacje istniejących), że jeśli pytanie przyszło mailem i obywatel wprost informuje, że chce odpowiedź mailem, to może dostać odpowiedź jako zwykłego maila. W opisanym przypadku obstawiałbym, że robią “tak jak zawsze”.
      Ponadto pisma zasadniczo nigdy nie powinny w urzędzie trafić do zwykłego kosza na papier (ani tym bardziej na inne odpady) – wersje robocze, nieudane wydruki itp. trafiają przez niszczarkę na makulaturę, a pełnoprawne dokumenty – do akt.

    • @Krzychu I jeszcze jedno – dekretowanie pisma zwykle oznacza, że teoretycznie na każdym z etapów każdy kolejny urzędnik ma co najmniej 1 dzień na przekazanie dalej. Podobnie parafowanie i podpisywanie pisma (po podpisaniu trafia ono z powrotem do szaraczka, który je pakuje w kopertę i wysyła). W zwykłych okolicznościach na samo przekazywanie może zejść 2-5 dni roboczych, dlatego ustawowy termin odpowiedzi to 14 dni.

    • @ja – skoro tak to wygląda jak napisałeś ( 2018.01.26 15:55) to co za problem żeby urząd wysyłał podpisane cyfrowo e-maile? Nie stać urzędów na podpis? No bez jaj.
      Cały obieg pism w urzędach powinien być (i w końcu będzie) całkowicie elektroniczny (wchodzące pisma papierowe skanowane do bazy). Inaczej nawet za sto lat będą wysyłane maile ze skanem pism, które w 10 egzemplarzach najpierw papierowo biegały od pokoju do pokoju w jakimś urzędzie.

  9. Zmiany mające naprawić system? “Pani Gabrysiu proszę wreszcie ogarnąć się i nauczyć obsługi maila! Co słychać u taty?”

Odpowiadasz na komentarz Zygmunt

Kliknij tu, aby anulować

Zamieszczając komentarz akceptujesz regulamin dodawania komentarzy. Przez moderację nie przejdą: wycieczki osobiste, komentarze nie na temat, wulgaryzmy.